To, że STARAM się, żyć zdrowo chyba już nikogo nie zaskoczy, cały blog jest właściwie o tym.
Co jednak dokładnie rozumiem, przez samo słowo ZDROWO?
Sporty uprawiam, dzięki Bogu kocham ruch i adrenalinę, lubię się dobrze spocić, z regularnością nie "morduję" się, ćwiczę, kiedy mam ochotę, a że mam ochotę często, treningi nie są dla mnie niczym OBOWIĄZKOWYM, nakazem, przymusem, po prostu lubię to!
Staram się celebrować życie, cieszyć drobiazgami, doceniać je. Czerpać przyjemność z porannej kawy wypitej w oknie, spaceru z psem na pobliskie wzgórze z widokiem na Londyn, z rozmowy na Skype z bliskimi, z kolacji z moim chłopakiem, zwłaszcza jeśli smakuje mu to co ugotowałam.
To moje cieszenie się codzienne jest swego rodzaju medytacją, uleczam duszę. Ekscytuję się codziennością, bo lubię to!
Uwielbiam dobre jedzenie! Nie, to nie banał, bo jedzenie, które smakuje wcale nie musi być dobre, w sensie zdrowe, a to zdrowe, najczęściej jest niesmaczne. Moja praca, czasem pozwala mi na gotowanie w ciągu dnia, właściwie, o każdej porze. Szukam smaków, bawię się, eksperymentuję. Mój chłopak musi to dzielnie znosić. Zwłaszcza moją "ciężką rękę" do przypraw. Na szczęście nie przesalam, ale za to, zawsze dopieprzę. A, od kiedy mieszkam w pobliżu hinduskiego cash&carry, zakochałam się w ich przyprawach. Lubię próbować nowości, łatwo się uzależniam od smaków. Ostatnio jestem na etapie hummusu, avocado i szpinaku i mogę te rzeczy jeść codziennie. Nie jestem jednak master chefem, nie jestem tym bardziej dietetykiem i nie zawsze mam czas na gotowanie "z głową".
Myślę, że nie jestem na świecie sama.
Takich osób, jak ja, jest mnóstwo.
Robimy sobie przyjemności w życiu, bo na nie zasługujemy, cenimy sobie jakość we wszystkich dziedzinach życia, ale czasem jesteśmy zbyt zabiegani bo się o nią postarać. Dlatego na zakupy jedziemy do Tesco, bo jest bliżej i wszystko mamy pod jednym dachem. Spokojnie, nie musimy być skazani na pakowane żarcie niepewnego pochodzenia. Jest nadzieja!
Przed wyjazdem do Londynu, siedziałam sobie w zaprzyjaźnionym studiu kulinarnym na Zabłociu, u Bartka Twojego Kucharza. Nie nie, to nie jest krypto reklama, naprawdę beczkę soli zeżarliśmy razem, organizując warsztaty kulinarne w Krakowie. Cudowne, smaczne czasy.
Bartek, jak zwykle dobrze mnie nakarmił, napoił też dobrze, niestety. I podzielił się pomysłem na nowy projekt. Wraz z hulająca już w Krakowie firmą cateringową, postanowił stworzyć catering dietetyczny, w wykonaniu haute cuisine. Miało być, zdrowo i dietetycznie, ale przede wszystkim, miało być smacznie i z najlepszej jakości produktów, przy zachowaniu krakowskich cen.
Bliskie to mojej filozofii życia. Trzymam więc, kciuki za Fit Food Kraków.
Działają widzę, karmią, dowożą, edukują, że dieta to niesłusznie nienawidzone słowo, które nie musi być czymś strasznym. Kochają jedzenie i dla kochających jedzenie gotują.
Reasumując, dbając o siebie, o swoją formę, kondycję, ciało, pamiętajmy, by być szczęśliwi.
To my jesteśmy ważni. Trening nie musi być katorgą, a odpoczynkiem od pracy. Dieta nie ma być głodówką, przerywaną jedzeniem bez smaku, ma być ucztą dla ducha i ciała i odkrywaniem nowych potraw i produktów. Nie mogę korzystać z cateringu Fit Food, bo do Londynu niestety nie dowożą, ale mogę wspaniałomyślnie polecić, bo jeśli Bartek nadal gotuje tak dobrze, jak kiedyś, to te posiłku są warte grzechu :)
"YOU DON'T HAVE A SOUL.
YOU ARE A SOUL.
YOU HAVE BODY..."
C.S.LEWIS




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz