środa, 11 marca 2015

Twoje ciało może więcej.

Tak, jak obiecałam, kilka słów o mojej ostatniej przygodzie z Ewą Chodakowską w Londynie.
Zaproszenie wygrałam na ALUTE, fajny blogo-portalu dla fajnych kobietek.
Dziś mija dzień trzeci od II Warsztatów z Ewą Chodakowską w cudownym mieście Londyn. Dopiero odzyskałam władzę w rękach. O zniknięciu zakwasów z pleców, pośladków i półbłoniastych i półścięgnistych mięśni uda (czyli generalnie tyły), jeszcze mogę pomarzyć.
Mam kilka wniosków i spostrzeżeń, a jakże.
Jechałam z drugiego końca Londynu, dwoma liniami metra i kolejką  automatyczną DLR (Docklands Light Railway), sprawnie i bez przygód, mimo, że w niedzielę, często coś się lubi wydarzyć.

Odpuszczam organizatorom, ponad godzinną obsuwę i spęd przysłowiowego "bydła" napierającego na bramki. Swoją drogą, ta energia i chęć dania sobie w kość, u zebranych była zadziwiająca i kurcze, nawet mi się udzieliło. Już po kwadransie, wrzeszczałam z resztą tysięcznego tłumu: open the door! open the door!
Kiedy wreszcie, udało się, w dzikim i rozszalałym tłumie, już spoconych, głównie pań, wtoczyć na salę i zająć miejsce rozkładając matę, okazało się, że oczywiście nie możemy wszyscy być przy scenie, mata przy macie i dalej zbieranie manatków i przesuwanie z torbami, matami, bidonami, jedzeniem itp. Chaos niezły był, jakiś biedny pan biegał między nami z obłędem w oczach, prosząc o współpracę.
Tysiąc, maksymalnie podekscytowanych, kobiet i wpółpraca. Też, już się śmiejecie?
No, ale po, już dwugodzinnej obsuwie, na scenę wpadła, jak torpeda Ala Błachut z grupy tanecznej Mash It Up i mimo, że ta Pani miła pojawić się w programie w zupełnie innym czasie, dała czadu i przyznam, że trzęsąc zadem i wycierając zawadiacko nos rękawem, poczułam w sobie zwierzę  :)
Rozgrzana do czerwoności, byłam gotowa na Ewę. Uhm, jasne!

Kiedy filigranowa postać z masą pozytywnej energii pojawiła się na scenie, poczułam się jak 17-latka na koncercie One Direction i oszalałam, choć stanik został na miejscu, dzięki Bogu.
No ma kobitka w sobie moc, dała mi tak popalić, że 3 dni dochodziłam do siebie, nienawidziłam ją i kochałam w tym samym momencie.
Dałam radę, wytrwałam. Tylko po to, by dobił mnie szanowny małżonek Ewy- Lefteris Kavoukis.
Po tych trzech godzinach leżałam na macie, nie mogąc się przez chwilę, w ogóle poruszyć, mroczki przed oczami, kolana miękkie, a w uszach dźwięczały mi słowa Ewy:
Pamiętaj, Twoje ciało może więcej, niż podpowiada Ci, Twój umysł.
Mój umysł wysiadł na chwilę i szczerze się z tego cieszę, przez ten moment, byłam skrajnie zmęczona fizycznie i szczęśliwa.

Na koniec bożyszcze babskiej części tysięcznego tłumu- Tomek Choiński, dokończył dzieło zniszczenia, koszulki, mimo banerów i licznych próśb, nie ściągnął,ale dał nam wszystkim ostry wycisk.
Wyszłam zmęczona, ale spełniona. Pełen relaks, organizm pięknie wypocił wszystkie toksyny, pochłonęłam 2 litry wody i rano obudziłam się "połamana", ale bez cienia pod okiem, bez jednej zmęczeniowej zmarszczki.
Wniosek, muszę ćwiczyć więcej. Mogę więcej. Chcę więcej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz