środa, 18 marca 2015

Całe szczęście!





Definicji szczęścia nie podam.
Nie bądźmy śmieszni. Nie ma czegoś takiego.
Są miliony ludzi mądrzejszych ode mnie.
Akceptuję to. Obserwuję, słucham, czytam, szukam, inspiruje się.
"There is no way to happiness,
happiness is the way.
You should be happy right in the here and now.
There is no way to enlightenment.
Enlightenment should be right here and right now.
The moment when you come back to yourself, mind and body together,
fully present, fully alive, that is already enlightenment.
You are no longer a sleepwalker.
You are no longer in a dream.
You are fully alive.
You are awake.
Enlightenment is there.

And if you continue each moment like that,
enlightenment becomes deeper.
More powerful.
There is no way to enlightenment,
enlightenment is the way..."
vietnamese zen buddhist monk - thich nhat hanh - 2007

Cokolwiek nie dodam, będzie banałem, a dodać coś trzeba.
Całe szczęście, że jest kawa, codziennie rano delikatnie pomaga mi, wrócić do rzeczywistości.
Całe szczęście, że jest facebook, przypomina o urodzinach innych, o których na pewno by się zapomniało, a co ważniejsze: przypomina innym o Twoich urodzinach ;)
Całe szczęście, że jest metro, a w nim mnóstwo niesamowitych ludzi, którzy powinni grać, czy śpiewać na deskach największych scen, a nie na Charing Cross, ale i tak cudownie jest posłuchać.
Całe szczęście, że istnieje muzyka...
Całe szczęście, że mój ukochany mężczyzna chrapie, w przeciwnym wypadku, śpiąc w totalnej ciszy, mogłabym pomyśleć, że oto umarłam i poszłam, gdzieś tam, a tak wiem, że żyję i tylko obudzę się niewyspana. Całe szczęście, że jest miłość...
Całe szczęście, że jest Skype, można posłuchać jak mama piąty raz, tłumaczy Ci jakiś przepis. Całe szczęście, że jest mama.
Całe szczęście, że mam wygodne buty do biegania, muszę tylko jeszcze znowu zacząć biegać.
Całe szczęście, że ludzie potrafią czynić kulinarne cuda, uwielbiam ich doświadczać. Całe szczęście, że człowiek wynalazł stół i posadził przy nim swoich bliskich, żeby ich nakarmić.
Całe szczęście, że człowiek potrafi hodować winorośle, czemu, chyba wiadomo.


Całe szczęście, że jest wolna wola. Można robić, co się chce. Można być szczęśliwym.



środa, 11 marca 2015

Twoje ciało może więcej.

Tak, jak obiecałam, kilka słów o mojej ostatniej przygodzie z Ewą Chodakowską w Londynie.
Zaproszenie wygrałam na ALUTE, fajny blogo-portalu dla fajnych kobietek.
Dziś mija dzień trzeci od II Warsztatów z Ewą Chodakowską w cudownym mieście Londyn. Dopiero odzyskałam władzę w rękach. O zniknięciu zakwasów z pleców, pośladków i półbłoniastych i półścięgnistych mięśni uda (czyli generalnie tyły), jeszcze mogę pomarzyć.
Mam kilka wniosków i spostrzeżeń, a jakże.
Jechałam z drugiego końca Londynu, dwoma liniami metra i kolejką  automatyczną DLR (Docklands Light Railway), sprawnie i bez przygód, mimo, że w niedzielę, często coś się lubi wydarzyć.

Odpuszczam organizatorom, ponad godzinną obsuwę i spęd przysłowiowego "bydła" napierającego na bramki. Swoją drogą, ta energia i chęć dania sobie w kość, u zebranych była zadziwiająca i kurcze, nawet mi się udzieliło. Już po kwadransie, wrzeszczałam z resztą tysięcznego tłumu: open the door! open the door!
Kiedy wreszcie, udało się, w dzikim i rozszalałym tłumie, już spoconych, głównie pań, wtoczyć na salę i zająć miejsce rozkładając matę, okazało się, że oczywiście nie możemy wszyscy być przy scenie, mata przy macie i dalej zbieranie manatków i przesuwanie z torbami, matami, bidonami, jedzeniem itp. Chaos niezły był, jakiś biedny pan biegał między nami z obłędem w oczach, prosząc o współpracę.
Tysiąc, maksymalnie podekscytowanych, kobiet i wpółpraca. Też, już się śmiejecie?
No, ale po, już dwugodzinnej obsuwie, na scenę wpadła, jak torpeda Ala Błachut z grupy tanecznej Mash It Up i mimo, że ta Pani miła pojawić się w programie w zupełnie innym czasie, dała czadu i przyznam, że trzęsąc zadem i wycierając zawadiacko nos rękawem, poczułam w sobie zwierzę  :)
Rozgrzana do czerwoności, byłam gotowa na Ewę. Uhm, jasne!

Kiedy filigranowa postać z masą pozytywnej energii pojawiła się na scenie, poczułam się jak 17-latka na koncercie One Direction i oszalałam, choć stanik został na miejscu, dzięki Bogu.
No ma kobitka w sobie moc, dała mi tak popalić, że 3 dni dochodziłam do siebie, nienawidziłam ją i kochałam w tym samym momencie.
Dałam radę, wytrwałam. Tylko po to, by dobił mnie szanowny małżonek Ewy- Lefteris Kavoukis.
Po tych trzech godzinach leżałam na macie, nie mogąc się przez chwilę, w ogóle poruszyć, mroczki przed oczami, kolana miękkie, a w uszach dźwięczały mi słowa Ewy:
Pamiętaj, Twoje ciało może więcej, niż podpowiada Ci, Twój umysł.
Mój umysł wysiadł na chwilę i szczerze się z tego cieszę, przez ten moment, byłam skrajnie zmęczona fizycznie i szczęśliwa.

Na koniec bożyszcze babskiej części tysięcznego tłumu- Tomek Choiński, dokończył dzieło zniszczenia, koszulki, mimo banerów i licznych próśb, nie ściągnął,ale dał nam wszystkim ostry wycisk.
Wyszłam zmęczona, ale spełniona. Pełen relaks, organizm pięknie wypocił wszystkie toksyny, pochłonęłam 2 litry wody i rano obudziłam się "połamana", ale bez cienia pod okiem, bez jednej zmęczeniowej zmarszczki.
Wniosek, muszę ćwiczyć więcej. Mogę więcej. Chcę więcej.