czwartek, 5 lutego 2015

London was calling :)

Po mega długiej przerwie, tak wiem, zapewne niektórzy mnie już "pogrzebali", wracam.
Zaliczywszy śmierć socialmedialną, porzucenie pracy w korporacji, przeprowadzkę do Londynu, okres pracowitej, bo inspirującej, bezczynności, oto jestem. 
Waga w normie, forma w normie, nastrój perfect!
I teraz po kolei...
Przyzwoitą pracę, z szefem, biurkiem, telefonem i laptopem służbowym- rzuciłam.
Temperamentnego i już, w tym momencie, nieodwracalnie, zapewne, rozpuszczonego psiaka- nabyłam.
Ogarnięta szałem uniesień i romantyczną miłością, spakowałam bety i Kraków także rzuciłam. W odróżnieniu, od pracy, za tym akurat tęsknie (z pozdrowieniami dla szefa ;).
Psa znalazłam w lesie, miłość (uwaga, mój luby się oczywiście nie przyzna) na Facebooku!
Mieszkam w Londynie, już pół roku. Czas tu strasznie zasuwa.


Miasto wielkie, omg, skończyły się spontaniczne wypady rowerowe na Kazimierz. Teraz są całonocne rowerowe włóczęgi po Camden. 
Kolorowo tu, tłoczno i głośno, bez względu na porę dnia i nocy. 
Kwarantannę odbyłam, myślę, że każdego to czeka.
Bo z Londynem jest tak, że daje Ci pół roku, czasem dłużej, czasem krócej i albo Cię wchłonie albo wypluje.
I Londyn można kochać albo nienawidzić, innej opcji nie ma.
Przynajmniej nie, kiedy tu mieszkasz. Mnie Londyn połknął, trochę mu się odbiło, ale wypluć się nie dałam.
Mam nadzieje, że mu nie zaszkodzę, on mnie, już na pewno nie!
Jedno jest pewne, każde miejsce tworzą ludzie, bez względu na to, czy to Londyn, Kraków, czy jakikolwiek inny zakątek świata.
I tu zaczynam tych ludzi poznawać, a z nimi i miasto.
Tak też, kierowana przekonaniem "że nigdy nic w życiu nie wygrałam, więc i tym razem na pewno się nie uda" ( na coaching to się to raczej nie nadaje ;)) wzięłam udział w konkursie internetowym prowadzonym przez portal dla kobietek w Londynie, ALUTE i co? I wygrałam :)
W wielkim szoku, odebrałam wejściówke do klubu fitness, dwóosobową, więc byłyśmy w podwójnym szoku.
Trening z "personalnym" przeżyłyśmy, znajomości porobiłyśmy, a przede wszystkim dałyśmy się zarazić londyńskim FITSPIRATION. Jeżeli Anglia do tej pory kojarzyła Wam się z full english breakfast, fish and chips i carlingiem, czas na zmiany. Fitmania zaczyna się od głowy, czyli od Londynu.
Coraz więcej fitness clubów, knajpek ze zdrowym jedzeniem i eko marketów.
Coraz więcej inicjatyw mających na celu ruszenie angielskich ( i nie tylko) zadków z ich bezpiecznej strefy lounge.
I tak, ćwiczę, biegam, jeżdżę po Londynie na rowerze (dżungla!!!), wiem co jem (gram w zielone- od miesiąca na diecie wegetariańskiej ), i wiem kim jestem.
Szczęśliwa jestem!
Wybaczcie więc ciszę na blogu. Ten czas był pełen zmian i wyzwań, pełen upadków i wzlotów.
 I will learn to love the skies I am under :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz