wtorek, 9 lipca 2013

Biegacze na planie filmowym.


-Ania? bo wiesz, mamy z Wojtkiem pewien pomysł -
i już wiedziałam, że będą kłopoty. 
Ostatnio przeklinałam ich cudowne pomysły wbiegając w 30-astopniowym upale na Kopiec Kościuszki, co, jak się na szczycie okazało, było tylko rozgrzewką przed treningiem interwałowym. Ja dziękuje. 
Zasuwałam po lasku Wolskim, chwilami w bez-tlenie , że dodam, ale dałam radę.
Potem oczywiście gigantyczna satysfakcja :)
Ale, człowiek nie jest taki, żeby się nie dał przekonać... 
Dobre radissonowe duszki, namówiły mnie tym razem na wzięcie udziału w filmiku promującym Krakow Business Run .

Oczywiście namawianie mnie trwało 5 minut. Szczytny cel- pomyślałam, nie dość, że wciąż biegam pod okiem trenera, efekty widać gołym okiem, forma coraz lepsza, brzuch coraz bardziej płaski, to jeszcze nagroda w postaci 5 minut sławy. A właściwie 2 minut, bo tyle około będzie miał filmik. 

W projekcie oprócz głównych kierowników zamieszania, czyli Iwonki i Wojtka z krakowskiego Radissona, wzięły udział 4 osoby: Grażynka, która na co dzień dźwiga prowadzenie firmy i domu pełnego dzieciaków, Igor, który jest z zawodu fotografem, a Ci jak wiadomo- pracują często w warunkach ekstremalnych, Bartek z UBS, też chłopak musi mieć mocne zdrowe serce, bo pracuje w dziale oceny ryzyka, no i ja... lusty redhead:)

No i pobiegaliśmy, po Rynku, po Plantach, po Bulwarach, po stadionie na Groblach, po Błoniach ,po Alei Waszyngtona. 
Pobiegaliśmy, polansowaliśmy zdrowy tryb życia i nasze gadżety do biegania.
Operator zrobił nam zbliżenia spoconych twarzy, pulsometrów, słuchawek, bidonów z wodą, butów i jeszcze raz spoconych twarzy. Ruszaliśmy do spirintu setki razy, luźnym truchtem przemierzyliśmy zapewne z półmaraton. Na potrzeby filmu rozciągnęliśmy i rozbiegaliśmy się do granic możliwości, by na koniec wykonać taniec rusałek przy zachodzącym słońcu na łące Błoń Krakowskich.

No było warto, w nagrodę zostaliśmy nakarmieni przez Staszka- szefa kuchni Radissona.
Spaleni słońcem, pogryzieni przez komary, zmęczeni jak po maratonie i szczęśliwi wróciliśmy do swoich codziennych zajęć.
Sława niestety trwa krótko;)
Czekamy na efekty naszych 5 - godzinnych zdjęć.
Dziękujemy ekipie z Katowic, zwłaszcza kamerzyście, który się przy nas nabiegał. 
Chłopie, pod koniec byłeś już jak Rocky Balboa w scenie z treningu :)
Up the stairs - zawsze do przodu.
 

czwartek, 4 lipca 2013

Wake up! Wakeboard time it's coming:)


zróbmy coś szalonego, bo zwariuję- powiedziałam do mojej współlokatorki i godzinę później siedziałam na pomoście z deską do wake'a. 
Dodam, że była to ostatnia niedziela, temperatura wody wyższa od temperatury powietrza. Choć, jest też możliwe, że byłam w takim szoku adrenalinowym, że wydawało mi się, że w wodzie cieplej. 
To był mój drugi raz na wake'u, pierwszego w sumie nie powinnam liczyć, bo był to panieński wieczór i było raczej wleczone niż pływane. Panna moda przeżyła i szczęśliwie spodziewa się dziecka ( pozdrawiam Domi). 
Wracając do wake'a, wygląda na łatwe, ale łatwe nie jest. Pracuje każdy mięsień ciała, przynajmniej u mnie, bo czuje to do dziś, a minęły 4 dni. Podstawa: mocne nogi, a przy początkowym braku jakiejkolwiek techniki, i mocne ręce. I mocne nerwy ;) 
Jeżeli ktoś jeździ na snowboardzie, pływanie na wake'u pójdzie mu na pewno łatwiej.
Niewiele, ma to natomiast, wspólnego z nartami wodnymi. 
Upadki nie bolą, aż tak bardzo, bo przecież wpadamy do wody. No chyba, że zaczynamy uczyć się trików takich jak Air Raley na przykład, jak się nie uda to lecisz twarzą w taflę ze sporą prędkością. Widziałam już podbite oczy, ułamane zęby i zwichnięte nosy, ale to w zasadzie przypadki ekstremalne. 
Wake to przede wszystkim dobra zabawa, adrenalina i walka z żywiołem, moim ulubionym- WODĄ.
Na koniec jeszcze dodam, że uwielbiam atmosferę Wake Parku w Kryspinowie. 
Piaseczek, leżaczki, dobra nutka, fajni ludzie, pozytywne klimaty, w których ładuję baterie przynajmniej raz w tygodniu. Jest wifi, wiec można też zabrać pracę ze sobą ;), ale kto by tam pracował, jak można pofruwać na wake'u, lub jak w moim przypadku, spróbować utrzymać się na wodzie i nie stracić zębów i resztek makijażu i godności :)



 


wtorek, 18 czerwca 2013

Zdrowe miksowanie, czyli co jeść i pić po treningu.

Moja współlokatorka zaserwowała mi rano na śniadanie, specjalnie przygotowany koktajl. Kiwi, ogórek, szpinak i coś jeszcze. Hmmm myślałam, że nie ma nic gorszego od tranu, a tu taka niespodzianka. No, ale podeszłam do sprawy z empatią i samozaparciem i wypiłam. Szału nie było! Zielone było i na pewno zdrowe. Tymczasem, musze się przyznać, że "wymiksowałam się " dzisiaj umiejętnie z treningu przygotowującego do Kraków Business Run i już się szybciutko tłumaczę. Po pierwsze przeraził mnie upał 35 stopni, bo tyle dziś odnotowaliśmy w Krakowie, po drugie po całodziennym dreptaniu w japonkach po mieście, w tym po Ogrodzie Botanicznym, pełnym małych kamyczków, moje stopy powiedziały zdecydowane: DOŚĆ! Także poddałam się, ciężka sprawa. Za to zaliczyłam parę kilometrów na basenie, a wieczór spędzam popijajać białe winko, z ogromna ilością wody sodowej, lodu i cytryny. I to nie jest bynajmniej profesjonalny koktajl regenerujący, po treningu, ale do pisania za to, idealny.
Moja "joggingowa muza", czyli Iwonka (kłaniam się w pas i pełen respekt, bo wiem, że dziś pobiegłaś za siebie i za mnie) obdarowała mnie ostatnio gazetkami dla biegaczy. "Dla inspiracji"- dodała, no więc czytam i się inspiruję. Dowiedziałam się min., że white wine spritzer, to nie najlepsze wyjście na upalne wieczory po treningu, ale idealne na upalne wieczory :) A poważnie, znalazłam fajne przepisy na koktajle. Jeden zwłaszcza przypadł mi do gustu i jego zaraz Wam poślę, inne dostępne w magazynie Ruuner's World.

Marchewkowy miks:
  • 200 ml soku z marchewki,
  • ćwiartka awokado,
  • łyżka soku z cytryny,
  • 50 ml wody,
  • łyżka tartego imbiru,
  • szczypta pieprzu cayenne.
1 porcja: 161 kcal, 23 g węglowodanów, 5 g błonnika,3 g białka i 8 g tłuszczu.

Dlaczego Marchewkowy miks? Sok z marchwi zawiera dużo witaminy A (wzmacniającej odporność), imbir redukuje bóle mięśni po wysiłku, avocado pełne tłuszczów NIENASYCONYCH- jest zbawcze dla serca, pieprz cayenne przyśpiesza metabolizm. Sok z cytryny w połączeniu z innymi warzywami większa przyswajalność składników mineralnych.
To mikstura na pewno zdrowsza od mojego białego wina, ale że nie biegałam dzisiaj... ;) Smacznego miksowania:)

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Trening personalny, czyli jak skupić się na ćwiczeniach podczas, gdy trener wygląda jak milion dolarów ? :)

Przeczytałam ostatnio sporo artykułów na temat treningu personalnego, motywacji, diet itp. Wnioski? Gdyby, nie lektura, a przede wszystkim, gdyby nie fakt, że sama trochę ćwiczę ;)- pewnie nadal miałabym wątpliwości. Z prasy i doświadczeń moich wynika, że trening pod okiem trenera personalnego jest po pierwsze bezpieczniejszy, po drugie skuteczniejszy. Profesjonalny trener zanim zagoni nas do sztang, sprawdzi dobrze siłowe możliwości naszego organizmu. Jeżeli, chcemy spalić tkankę tłuszczową, określi nam dokładnie przedział naszej strefy tlenowej, w wolnym tłumaczeniu: jak złapiesz zadyszkę- przestajesz spalać. Personalny trening jest też bardziej motywujący, zwłaszcza jak prowadzi go, ktoś kto wygląda jak milion dolców ;) A na poważnie: trener dobierze formy aktywności specjalnie do naszych potrzeb. Chcesz schudnąć? Miks biegania, pływania i jazdy na rowerze, do tego dobrze dobrana dieta i efekty murowane. A nic tak nie motywuję jak dobre wyniki. W śląskim magazynie BE, w wywiadzie z jednym z najlepszych polskich trenerów Rafałem Tkaczem, przeczytałam też, co pozwala nam rozpoznać NAPRAWDĘ PROFESJONALNEGO trenera. Oprócz uprawnień, które są oczywiście podstawą, warto zwrócić uwagę na to, czy trener skupia się na detalach, koryguje nasze błędy i dba o nasze bezpieczeństwo. W kolejnym artykule napisanym przez Zbyszka Rybickiego, który min. kontroluje moje postępy na MILONIE w Fitness Academy, przeczytałam o dobrym dobieraniu diety. No, żadne to odkrycie- każdy powie, ale nie każdy potrafi sobie taką dietę "ustawić". Zbyszek pisze " tak wygląda dzisiejsze odchudzanie: spowolniony metabolizm, zwiększony głód na skutek złego wyboru pożywienia, zintensyfikowane wydzielanie hormonu stresu i zmniejszona masa mięśniowa to nienajlepsze warunki do pozbywania się tłuszczu.." Zainteresowanych odsyłam do artykułu w PAESE Magazine. Kończę stukanie w klawiaturę tymczasem i lecę...biegać :)

czwartek, 23 maja 2013

Sportowy dress code.

Moja absolutna idolka Sierra Quitiquit (fot. Tim Jones) skiterka, surferka, joginka i modelka, teraz okazuje się, że biega! Oczywiście. Sierra uprawia wiele sportów i zawsze przy tym wygląda świetnie, dlatego jej portfolio pełne jest zdjęć dla znanych marek odzieży sportowej. I dziś właśnie o tym. MODA SPORTOWA. Jeżeli, uważacie, że czegoś takiego nie ma, ciśnijcie swoje sztuczne trykoty w kąt i zobaczcie chociażby ostatnią linię ubrań sportowych autorstwa Stelli MacCartney dla Adidasa. Pani Stelii,chyba przedstawiać, marki tym bardziej ;) Ja też poszperałam tu i tam i znalazłam parę perełek, którymi chcę się podzielić. Przecudnej urody butki do biegania po asfalcie Nike'a. Dwuwarstwowy systemu amortyzacji Lunarlon.Dynamic Support dla osób z pronacją (pronancja występuje wtedy, kiedy przy nacisku stopą nasza kostka przesuwa się do wewnątrz. Waflowy profil podeszwy wdający świetną przyczepność na różnego rodzaju nawierzchniach. Innymi słowy: nie dość , że ładne to jeszcze same biegają ;) i do tego na przykład taka kurteczka Asics'a. Idealna na wietrzne dni, przepuszczająca powietrze, nie absorbująca wody. Co ważne- nie szeleści! I świetnie chroni przed deszczem, poza tym jest zjawiskowa. A w oryginale wygląda sto razy lepiej, niż na zdjęciu! Żeby panom nie było przykro znalazłam dla nich buty terenowe Salomona. Jesień, zima, wiosna, śliskie i strome nawierzchnie- nic im nie straszne. Te dodatkowo, posiadają specjalna platformę w podeszwie, która kontrolując zginanie podeszwy, chroni kostkę przed skręceniem. Do tego osłona na palce. Voilà ! Na koniec oczywiście okulary. No ja znalazłam model, który idealnie odzwierciedla moje sportowe zacięcie i drapieżną naturę ;) Vermari Elite... A na koniec, wisienka- sesja H&M najnowszej linii sportowej z udziałem modelki Toni Grarrn. Na dowód, że sportowo też może być modnie. Bądź fit i in style ;)

piątek, 17 maja 2013

Run Forrest! Run!

Tak moi drodzy, zaczęłam trenować bieganie. Nie żadne pitu pitu: na pocztę i z powrotem. Za namową dobrych sportowych duszków z Radisson Blu Hotel szykujących się do wrześniowego Krakow Business Run 2013, poszłam na pierwszy trening biegowy i ....przeżyłam! Był to mój pierwszy profesjonalny trening pod okiem trenera Andrzeja ze Sklepu Biegacza , totalny spontan, bez przygotowania i jak się okazuje bez odpowiedniego "ogumienia" (stąd to cudeńko na zdjęciu- butki nie dość, że hipsterskie to jeszcze wygodne, pełna amortyzacja, Wasze kolana je pokochają!!!) Joggingowi zapaleńcy, zbierają się w każdy wtorek, czwartek i sobotę pod naszym zabytkiem klasy O - hotelem Cracovia, gdzie siedzibę ma ww. Sklep Biegacza, truchcikiem zgrabnym przemieszczają się pod Stadion Juwenii, gdzie następuje solidna rozgrzewka (jak się miało później okazać- najprzyjemniejsza część treningu), a potem zaczyna się bieg. Powiem tak, w maratonie Kraków Bussines Run nie pobiegnę, ale będę dzielnie towarzyszyć śmiałkom w przygotowaniach, do samego września. Moje wnioski po pierwszym treningu? Mam pięć. 1. Co Cię nie zabije, to Cię wzmocni. 2. Dobre buty to podstawa!!! 3. Biegaj zawsze z pustym pęcherzem. 4. Umiejętność wymijania rolkowiczów, rowerzystów,innym biegaczy oraz rodzin z wózkami i z psami na długich smyczach - mile widziana:) 5. Dla miłego towarzystwa, warto się trochę spocić. W następny wtorek jestem zwarta i gotowa. I nie dam się, jak zawsze ;) I na koniec scena z jednego z moich ulubionych filmów:) Rocky

wtorek, 7 maja 2013

Bieżnia? I love this game :)

Jazda rowerem po Zabłociu grozi odgryzieniem sobie języka, jak Boga kocham- byłam dziś blisko! Udało mi się jednak przedostać przez niezliczone dziury i wystający tu i ówdzie bruk i dotarłam do Fitness Academy w celach, rzecz jasna, rekreacyjnych. Nie udało mi się jednak "załapać" na MILON dziś, bo sterroryzował go pan z serwisu, mówiący wyłącznie po niemiecku. Cóż, niemiecki miałam w podstawówce i pamiętam go dość szczątkowo. W głowie utkwiło mi jedynie "ich weiß nicht" i "macht mich wollen, um zu pinkeln" (zainteresowanych odsyłam do google tłumacz). W każdym razie, z panem się nie dogadałam ani ja ani mój trener, ponieważ jednak przeprawa przez Zabłocie wprowadziła mnie w bojowy nastrój- postanowiłam nie odpuszczać treningu i wylądowałam na bieżni. Efekty? Bywało lepiej. No, ale za tą majówkę kara musi być. Nie będę się skarżyć. 40 minut, 6 kilometrów, 458 kcal. Średnie tętno 150 (czyli to moje 70%HR). Innymi słowy spaliłam trochę wstrętnego tłuszczyku. Yupi! A tu film o tym, dlaczego warto trenować areobowo. Pani mądrze mówi tak od 30 sekundy ;) Miłego oglądania. TRENING AREOBOWY.

poniedziałek, 6 maja 2013

Pomajówkowy dramat, czyli: płaski brzuchu wróć!

Moja majówka trwała w tym roku 5 dni. Było chłodno, więc grzaliśmy się przy ognisku, przy grillu, przy piwku, przy wódeczce. Ta ostatnia, wiadomo: dobra i na rozgrzanie i na trawienie. Moja majówka to: kiełbaska z grilla, tuzin pieczonych w ognisku ziemniaków z masłem czosnkowym, białe pieczywo, niezliczona ilość szaszłyków, niekoniecznie jarzynowych, karkóweczce też niestety nie udało mi się oprzeć. Do tego litry napojów wysokoprocentowych i wysokosłodzonych, bo kto by na grillu pił wodę z cytryną i imbirem? Brrr!Oczywiście, kto by na majówce biegał co rano, kiedy lepiej było brodzić w porannej rosie zagryzając bułką z twarożkiem, lub, wersja na bogato: z żółtym serem i rzodkiewką. Na kometkę za duży wiatr, na basen za daleko. Jedyne gry, jakie uskuteczniliśmy to: bierki i poker, no i kalambury- i tu wpadło trochę ruchu, choć hasło: kapuściana głowa, czy wilczy głód da się też pokazać na siedząco;) Cudownie było... do momentu wejścia na wagę, po powrocie. Werdykt był bezlitosny, fala ciepła przepłynęła przez moje smukłe niegdyś ciało, zdołałam wykrzesać z siebie jedynie rzeczownik z czasownikiem w pierwszej osobie, że przytoczyć nie wypada i odbiło mi się kiełbaską z niedzielnego pożegnalnego ogniska. To są jaja- pomyślałam, schodząc z wagi i cisnąwszy "Bogu ducha winną" w kąt nienawistnie, popędziłam zapisać się na trening najbliższy z możliwych. No niestety, jak mawiają górale; w dół nie podskoczysz, w górę nie spadniesz, i jak mawiał mój były szef- redaktor naczelny jednego z krakowskich pism lifestyle'owych: oka se nie wyjmiesz. Postanowiłam się nie poddawać absolutnie i zarządzam sobie dietę (bez przesady oczywiście, kiełbaskom z ogniska precz, na jakiś czas..)i trening. Za tydzień otwarcie sezonu wake'owego i trzeba się wbić w bikini!!!! Na płaski brzuch poradzi tylko regularny trening aerobowy, czyli np. rower czy bieganie, do tego ćwiczenie na brzuchy. Znam idealne ćwiczenia, pokazała mi je koleżanka (Katarzyna I love U), bo mimo, że ćwicząc z nią po raz pierwszy miałam myśli zabójcze, a w końcowej fazie już i samobójcze, to efekt jest po prostu niewiarygodny. Brzuch, po serii 11 krótkich ćwiczeń optycznie był szczuplejszy i faktycznie- twardy. Ćwiczenia trwają 8 minut, i na prawdę warto. Poniżej link do filmu. Ja tymczasem pakuję torbę na spinning, jutro rano MILON, w środę active walking, czwartek basen, piątek znowu spinning i do soboty będę nówka sztuka, łania jak się patrzy. I codziennie 8 MINUT DLA BRZUCHA. That's it. Nice and easy:)

czwartek, 18 kwietnia 2013

Milon time ;-) krótki raport.

Tak, tym razem krócej o Milonie. Dzielnie i wytrwale (czasem nawet sama się dziwię, że udaje mi się pogodzić to z moimi obowiązkami i pulsacyjnym lenistwem;) trenuję regularnie. Sesja Milon powinna trwać 3 miesiące i należy trenować 6 razy w miesiącu, żeby uzyskać wymierne efekty. Narazie mi się udaje. Kończę pierwszy miesiąc, mam za sobą 6 treningów. Czas na podsumowanie:) Po pierwsze kilogram mniej, hura! Choć wiadomo, że to żadne osiągnięcie ale cieszy, zwłaszcza nas - baby:) Po drugie, budujace nie mniej- centymetr mniej w pasie. Ćwiczenia są dla mnie coraz łatwiejsze, co oznacza, że jestem gotowa na zmianę parametrów (patrz: dodajemy ociążenia). Nadal łapię lekką zadyszkę na orbitreku, zwłaszcza, jak dzień przed treningiem oddam się terapii społecznej pt: Ruda, choć na piwo;) Poza tym, widzę duży progres. Myślę, że jestem też gotowa dołożyć do tego zajecia TRX raz w tygodniu. Zasięgnęłam opinii mojego trenera Piotra i wiem już, na jakie zajęcia powinna iść na początek ,a które póki co, omijać szerokim łukiem. Miałam już wątpliwą przyjemność trafić na trening dla zaawansowanej grupy. Przypominał raczej sceny z G.I.Jane i trening komandosów. Dodam tyle, że przez 4 dni nie mogłam samodzielnie wstać z łóżka, umyć zębów, pokroić pomidora, zejść ze schodów, o zapięciu stanika nie wspomnę. No załatwiłam się na cacy. Ale trauma przeszła i powoli "dojrzewam" do kolejnego treningu.Wiem już, że idę na TRX body blast bo lżejsze zajęcia, a TRX circuit zostawiam na deser, bo to trening dla tych co jedzą dużo stejków;) Na optymistyczne zakończenie, mój film instruktażowy :)) check this out!

sobota, 13 kwietnia 2013

Run Lola run, bo bieganie jest..

Bieganie jest dla mnie, póki co, drogą przez mękę. Oczywiście, wszyscy, którzy mnie znają, twierdzą, że mam skłonność do przesady. I generalnie mają rację. Zawsze twierdzę, że na kolejną górę nie wjadę, następnych 16 brzuszków nie zrobię, prędzej utonę niż przepłynę kolejne 50 metrów i nie dam rady zrobić kolejnego obiegu na MILONIE. Kipię wewnątrz, pomstuję na tych co mnie na to namówili, a potem wyjeżdżam, ćwiczę do końca, przepływam kolejną długość basenu. Czemu tak mam? Zacytuję kapitana, z którym żegluje moja współlokatorka: "siła razy złość i zrobisz to". U mnie to tak właśnie działa, do tego dodaje cel, który chcę osiągnąć przy danym treningu: 4 interwały na spinningu, kolejne 2 kilometry biegnąc, o minutę krótszy zjazd na snowboardzie, rundkę na wake'u bez przewrotki (szlag, nad tym mam zamiar popracować w tym sezonie w Kryspinowie) Mam cel, pojawia się i motywacja. Jak wspomniałam, zaczęłam biegać. Na razie nieśmiało, 4-5 kilometrów i to metodą Galloway'a . Kocham tego gościa,za to, że wymyślił taką opcję, w przeciwnym razie dawno dostałabym zawału. Na czym polega ta metoda, możecie poczytać na stronce, którą poleciła mi znajoma, zagorzała biegaczka, uczestniczka licznych maratonów (Iwonka, dzięki jeszcze nie wiesz, że prawdopodobnie uratowałaś mi życie ;), link do strony powyżej). Co dla mnie najistotniejsze w tym treningu, to krótkie przerwy na marsz. Biegnę 5 do 6 minut i potem przez minutę szybko maszeruję. Przez ten czas zdążę się zregenerować, wyrównać oddech, napić wody i potem biegnę kolejne 5, 6 minut. Dzięki temu, po pierwsze trenuje w fazie tlenowej, czyli do 80% skali mojego tętna, co pozwala mi spalać kalorie z tłuszczy, a nie mięśni (Huraaaaa!) a po drugie, mogę przebiec dłuższy dystans, co poprawia moją wytrzymałość. Generalnie uważam, że bieganie jest cool;) chociaż tak się już chyba nie mówi ;) W każdym razie, cieszę się, że jest moda na jogging. To po rowerze kolejny mega pozytywny trend. Coraz więcej widać w parkach i na rowerostradach biegaczy, rowerzystów, "rolkowiczów", mountainboardzistów. Serce roście, patrząc na te tłumy :) Zdrowe serce, nie przetrenowane. Dlatego kolejną, równie ważną jak trening, sprawą jest regeneracją. Może być w formie aktywnej, czyli basen, stretching, marsze, albo pasywna: sauna, kąpiele w lodzie, czy po prostu sen. Tę drugą formę regeneracji lubię, oczywiście bardziej. Na koniec soundtrack z jednego z moich ulubionych filmów o Loli, która biegnie;) Polecam: Run Lola Run

środa, 10 kwietnia 2013

O sporcie na wesoło, czyli mój felieton do marcowego Lounge. I like the way you move. Tym, razem otrzymałam zadanie bojowe, odpowiedzieć na pytanie: czy sport jest sexy? Od razu przed oczami mam teledysk do piosenki Erica Prydza Call on me i panie, z przyznać, muszę perfekcyjnymi ciałami, wijące się w obcisłych trykotach i właściwie jest po felietonie. Ale ponieważ, mnie akurat taka estetyka nie do końca kręci, pragnę się podzielić swoimi spostrzeżeniami. Tak się akurat złożyło, że właśnie skończyłam dwudniowe szkolenie spinningowe, gdzie oprócz niezbędnej w każdym sporcie teorii, było sporo godzin treningu na rowerze. Pedałowaliśmy raz bardzo szybko, raz wolno, wspinaliśmy się na wirtualne szczyty, testowaliśmy sprint, bieg, skoki. Tętno skakało, pot się lał, wydzielały się endorfiny. Po wszystkim czułam ogólny ból mięśni, zmęczenie, ale i ogromną satysfakcję. Byłam po prostu szczęśliwa. Całkiem, jak po dobrym seksie- pomyślałam uśmiechając się w duchu, choć chyba nie tylko w duchu i nie byłam w tym odosobniona, bo nasz Master Instruktor; Iwa skomentowała nasze miny: „chill out macie wypisany na twarzach…” Eh.. bo się rozmarzyłam. Uwaga! Nie uważam, że spinning jest lepszy niż seks, żaden sport nie jest, ale.. może być jego niezłym substytutem. Poprawia sprawność, koordynację, motorykę, wytrzymałość, wyzwala adrenalinę, którą tak lubimy, relaksuje, działa cudownie na sylwetkę. Mam na myśli sport, oczywiście, cały czas. To, że uprawiając sport przeżywamy często emocje zbliżony do tych, podczas seksu, to tylko jeden aspekt sprawy. Ciąg dalszy moich rozważań oprę na badaniach, które przeprowadziłam, będąc stałym bywalcem krakowskich fitness klubów. Nie każdy oczywiście musi uzależniać się, akurat od spinningu. Dyscyplin sportowych nie sztuka policzyć. Wybieramy to, co nam pasuję najbardziej. Niektórzy wolą dynamicznego squash’a, inni relaksującą jogę czy pływanie. Panie chodzą na active walk’a, bo idealnie ujędrnia pośladki. Panowie lubią sztuki walki, czy po prostu ćwiczenia na siłowni. Jest kilka nowych opcji na przykład TRX, sport wymyślony przez prawdziwych komandosów, więc z pewnością stworzony dla twardych babek i prawdziwych mężczyzn. Są jeszcze sporty ekstremalne, tę dopiero są sexy, ale to temat na zupełnie inny felieton. Z moich obserwacji wynika, ze generalnie dużo bardziej dbamy o sobie, a słowo siłownia przestało nam się kojarzyć jedynie z przerośniętymi karkami i śmierdzącymi skarpetkami. Serce roście patrząc na wypełnione sale kardio, pędzące bieżnie, falujące orbitreki, unoszące się i opadające sztangi. Miło patrzeć na piękne i wyrzeźbione sylwetki. Mnie, w woli ścisłości, oczywiście znacznie serdeczniej nastraja widok męskiego ciała, no musiałabym być nienormalna odwracając wzrok. Innymi słowy- w fitness klubie fajnie jest. Panie pozbywają się zawsze-zbędnej tkanki tłuszczowej, panowie nadmiaru testosteronu. Panuje tu atmosfera tzw. czujnego skupienia. Czyli? Opiszę może na swoim przykładzie. Z jednej strony bardzo się staram skoncentrować na moim biegu na bieżni, nachyleniu wygodnym dla kolan, tętnie nie za wysokim, bo przecież im wyższe tym mniej tłuszczu spalam, tempie i intensywność, pilnuję tego wszystkiego, staram się i pewnie wszystko było by ok, gdyby nie lustra, w których oprócz mej smukłej sylwetki truchtającej, widzę siłownie i „ciacho” na dziesiątej. Wierzcie mi, zagapienie się na pędzącej bieżni może się kiepsko skończyć. Podobnie jak moment nieuwagi podczas wyciskania ciężarów, panowie- uczulam. Tak, więc, często mimo wielkich chęci, ciężko się skupić na sporcie w fitness klubie. Nie poddaje się jednak i czasem działa to na mnie zbawiennie. Ostatnio zamiast standardowych 5 kilometrów przebiegam 6, bo czego się nie robi na miłego towarzystwa. Moje miłe towarzystwo miało metr osiemdziesiąt i niebieską koszulkę, perfekcyjnie podkreślającą kolor oczu i atletyczną sylwetkę. Co tam, poświęciłam się i nie żałuję. Tu wchodzimy na kolejny poziom wtajemniczenia- dress code w fitness klubie. No musi być modnie i absolutnie trzeba dobrze wyglądać. 100% wiskozy odpada! Generalnie jest dobrze, bo większości przypadków, wiemy, w co się ubrać, choć zdarzają się wpadki. Do dziś nie mogę się pozbyć widoku pana w zbyt obcisłych krótkich spodenkach i sztucznej podkoszulce na zamek rozpiętej niemalże do pępka. Trauma poważna. Brr! Tak, wiem, że zaraz usłyszę, o spodenkach dla spinningowców. Tak, są krótkie i obcisłe, ale nie aż tak, by zagrozić populacji i przede wszystkim nie wystaje z nich górą wielki owłosiony brzuch! Przynajmniej mnie było dane, oglądać na treningach raczej fajne męskie pupy. Wracając i podsumowując krótko temat przewodni, jakim jest seks… jak zwykle. Tak stanowczo uważam, że sport to zdrowie. Ja polecam!

wtorek, 9 kwietnia 2013

Na początku jest super, ale co potem?

I dokładnie od tego dziś zacznę: co zjadłam na kolację. Po ciężkim treningu. Ok, przyznam, że może nawet trochę się przetrenowałam, rano trening Milon , a wieczorem spinning. Spinning kochani, jak dziś weszłam na wagę, już się nawet nie zdziwiłam, ponieważ od spinningu sylwetka szczupleje, ale waga niestety nie maleje. Dlaczego tak jest, o tym, w wiele razy już obiecywanym poście o spinningu (zbieram siły i wenę, bo to temat bliski memu sercu). Także teraz odpoczywam,wklepałam w ciało żele przeciwbólowe, podobno zimne piwo pomaga, ja dziś jednak miałam ochotę na lampkę czerwonego wina, grzebię więc z internecie i oto co znalazłam, cytuję: "...jest wiele znanych w historii sportu przypadków wybitnych sportowców, którzy od czasu do czasu sięgali nawet po zakończeniu bardzo ciężkich zawodów czy wyścigów po piwo lub wino, bez szkody dla ich zdrowia. Umiarkowana ilość alkoholu działała na nich sedatywnie (uspakajająco), co pozwalało im szybciej przejść w stan rozluźnienia psychicznego, a to jest również ważny element powysiłkowej regeneracji. Inna sprawa, że uważa się, że czerwone wino, bogate źródło antyoksydantów, z jednej strony podtrzymuje poziom kortyzolu, z drugiej jednak strony obniża ilość wolnych rodników wytworzonych w mięśniach podczas wysiłku oraz pozwala się szybciej zrelaksować. Prawda leży więc gdzieś pośrodku. Ogólnie zalecam bardzo dużą ostrożność w spożyciu alkoholu bezpośrednio po zakończonym wysiłku. Najlepiej jest zrobić 4-8 godzinną przerwę od momentu zakończenia treningu. Wtedy możemy mieć większą pewność, że z jednej strony nie „zaburzymy” procesu regeneracji powysiłkowej, a z drugiej pozwolimy sobie na wspomaganie relaksacji psychofizycznej z pomocą umiarkowanej ilości alkoholu..." Tak więc alkohol po treningu nie koniecznie. Za to moja kolacja była chyba w porządku; roszponka z pomidorami, mozarellą, kurczakiem, papryczką chilli, pistacjami i sosem miodowym? Czuję się cudownie, jutro rano ma trening active walka. Jesteście ciekawi co to? No problem, opowiem.. A na dobranoc życzę ... RELAKSU

wtorek, 2 kwietnia 2013

I just wanna make you sweat;)

Witam, po długiej przerwie... Święta!Lenistwo,obżarstwo,telewizji oglądactwo (nie mogłam przecież przegapić "Kevina w Nowym Jorku"). Ostrzegam: dziś będzie trochę niepoważnie, bo jest 2 kwietnia i wciąż jestem w nastroju do żartów;) W celach profilaktycznych poszłam w sobotę na spinning ( o samym spinningu rozwlekę się okrutnie innym razem, bo to temat rzeka), po treningu zaliczyłam jeszcze oczyszczającą saunę, potem poświęciłam jajka i inne i byłam gotowa do świąt. Obiecałam sobie w duchu: oszczędzaj się kobito. Ale potem wjechał na stół mazurek mamy i wszystko szlag trafił! Bałam się wejść na wagę dzisiaj. Zebrałam się w sobie, wszak lubię sporty ekstremalne: weszłam i niespodzianka: żadnych drastycznych zmian. Zmotywowałam się bardzo, podbudowałam ego i błyskawicznie torbę treningową spakowawszy, popędziłam do Fitness Academy, kontynuować trening MILON. "Zainstalowałam się" w sali, kartę wsunęłam(chipem do góry; )i zaczęłam trening. Oczywiście zjawił się trener Piotr i sprawdził co robię, ale ja już wiadomo: "stary wyjadacz" i dam radę. Potem jeszcze wracał (za każdym razem jak akurat łapałam zadyszkę na orbitreku) żeby zapytać: czy wszystko ok i czy żyję, czy temperatura w sali nie za wysoka, albo nie za niska- no uparł się gadać ze mną jak akurat na tym nieszczęsnym orbitreku lało mi się po plecach. No, ale trudno, przynajmniej widać było, że nie oszukuję ;) Podczas treningu ogromne znaczenie ma dla mnie muzyka, dlatego zainstalowałam na sobie sprzęt:opaska na ramię z smartfonem i moją ulubioną muzyką (opaskę dostałam od Mikołaja:) zawsze wybieram sobie dziwaczne prezenty i potem moi biedni rodzice biegają po Dechatlonie z obłędem w oczach. Opaska jak ta lala, muzyka świeżutka i co z tego ja się pytam, jak Samsung ma słuchawki do d.... za duże? za małe? Pojęcia nie mam, wypadają mi z uszu i skupić się nie można:( Eh, dalam radę bez swojej muzyki, choć to COŚ co czasem leci w klubach fitness, to temat na osobny tekst. Może nawet zrobię listę fitness przebojów w stylu: I just wanna make you sweat. Oł jeah! I tym optymistycznym akcentem

czwartek, 28 marca 2013

Transformers, czyli trening obwodowy Milon.

No i udało się, zaliczyłam moją pierwszą sesyjkę na Milonie. Udałam się wczoraj do Fitness Academy oczywiście, ze wsparciem (Monika- dzięki, cieszę się, że dziś masz się dobrze i zakwasów brak), przydzielono nam osobistego trenera, (Piotrusia też pozdrawiam;). Oprócz faktu, że zrobiłam z siebie kompletną blondynkę, nie rozumiejąc prostego przekazu: "chipem do góry", przy wkładaniu karty do urządzenia, uważam, że było świetnie. Ok, teraz słów kilka o samym treningu, opisze to własnymi słowami, zainteresowanych odsyłam na stronę internetową, jest tam nawet filmek instruktażowy. A co ja o tym myślę? że to super rozwiązanie, jeżeli nie chcesz tracić czasu na dopasowywanie parametrów maszyn do swoich potrzeb. Tu tylko wkładasz kartę (chipem do góry;)i dzięki funkcji MEMORY, każde urządzenie ustawia zapamiętane parametry. Siadasz, a maszyna zaczyna się dopasowywać do Twojego ciała, wygląda to trochę jak przemiana w transformers i jest bardzo ekscytujące:) Na każdym urządzeniu wykonujemy określoną ilość ćwiczeń, lub w przypadku urządzeń kardio, czyli rowerka (mojego ulubionego oczywiście) i orbitreka, gdzie ćwiczymy po 4 minuty. Trening składa się z dwóch obwodów, czyli ćwiczymy po dwa razy na każdym urządzeniu. Wszystko razem trwa około 35 minut. Milon znajduje się w osobnej salce, ale oszklonej, więc można pooglądać sobie ładnych panów przez szybkę;) Poniżej zdjęcie owej sali, niestety be panów. Komu polecam? Osobom,które nie mają całego dnia na "lansowanie się" w fitness clubie.Osobom, które skoncentrowane są na dobrym wykonywaniu ćwiczeń. A przede wszystkim wszystkim tym, którzy lubią nowości. Z tego co się zdążyłam zorientować, Milon jest tylko w Fitness Academy i posiadaczom karnetu lub karty multisport przysługuje tak zwana" jazda próbna", czyli pierwsze wejście bezpłatne, ale oczywiście warto się upewnić. Ja jestem "zajawiona" na ten trening. Wracam tam jutro. A w przyszłym tygodniu testuję taniec na rurce :)